piątek, 20 czerwca 2014

Rozdział XIX 

Oczami Shane'a. 

Wróciłem z przerwy. Em nigdzie nie było. Zapytałem o to Jenn. Nic nie powiedziała. Zmartwiłem się.
- Na dziś to koniec, pewnie jesteście zmęczeni. - oznajmiła pani Blue. 
To nawet było na moją korzyść. Mogłem poszukać Emily.
Zajrzałem chyba wszędzie! Jakby się rozpłynęła. Jennifer powiedziała, że matka po nią przyjechała, żeby zabrać ją na fajną kolację. Jakoś ciężko było mi w to uwierzyć, ale dałem spokój.
Poszedłem do pokoju. Louis'a nigdzie nie było. Pewnie szwendał się gdzieś z Caro. A to oznaczało tylko jedno... Że mogłem nareszcie zjeść w spokoju w swoim łóżku! Tak! I to się ceni! 
Kiedy tak sobie jadłem, postanowiła odwiedzić mnie moja siostrunia. 
- Witaj braciszku. - powiedziała, po czym przytuliła mnie. Dawno tego nie robiliśmy. To chyba źle. 
- Szykuje nam się poważna rozmowa. - oznajmiła. 
- Ah tak? Chyba nawet domyślam się o co chodzi, więc zacznijmy. - powiedziałem. Z jednej strony nie chciałem słuchać jej pretensji i uszczypliwych uwag, ale z drugiej strony, tak dawno nie rozmawialiśmy... 
- To co mnie połączyło z Em... - zacząłem [...]
To ja jej się zwierzam, a ona mi tu wyskakuje z jakimś szczenięcym zauroczeniem! Zdenerwowałem się. Ale kiedy powiedziała mi o tym 'uroczym spacerku z koktajlami', myślałem, że mnie rozniesie! 
Aby się  uspokoić zwiesiłem głowę. Alice objęła mnie ramieniem i zaczęła gładzić po włosach. Nie mogłem uwierzyć. Musi być na to jakieś logiczne wyjaśnienie! Nic nie przychodziło mi do głowy. Po jakiejś godzinie wrócił Louis. Ali poszła do siebie.
- Co jest, stary? Wyglądasz... źle. - zagadnął Louis.
- Dzięki, chłopie. Miło mi. - powiedziałem z sarkazmem - Alice opowiedziała mi bardzo ciekawą rzecz... 

- A mianowicie? 
- Podobno widziała Emily z Zac'iem na jakimś spacerku z koktajlami. Śmieszne co?
- Bardzo. Uśmiałem się. - powiedział - Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby to była prawda. 
- Auć... Stary, to boli. - udałem, że oberwałem z pistoletu w serce. 
- Od zawsze jej nie lubiłem. - powiedział ze złością w oczach.
- Alice też. Może wymyśliła to całe spotkanie, żebym się z nią nie spotykał? - zastanawiałem się głośno. 
- Ali? Bez przesady ona taka nie.... - nie dokończył, bo rozległ się ogromny huk... jakby wyłamywanie drzwi z zawiasów.
Wybiegliśmy na korytarz. Ze schodów zobaczyliśmy jakichś obcych ludzi... 

- Biegnij po broń - wydarła się Alice. 
Louis natychmiast pobiegł do końca korytarza, by zza obrazu na bocznej ścianie wyciągnąć to, co nam potrzebne. Rzucił Alice broń, a ta natychmiast pobiegła na dół, gdzie Caroline i Eve już miały do czynienia z włamywaczami. Przestraszyłem się, że dziewczynom się coś stanie i popędziłem Louis'a, który rzucił mi mój pistolet. Pobiegłem na dół do dziewczyn. Alice mocowała się z jakąś dziewczyną, a Caro i Eve próbowały siłować się z jakimś chłopakiem. Te osoby nie były od nas dużo starsze, na oko góra 20 lat. Spojrzałem na schody. Louis biegł po nich, a za nim Jenn. Był to tylko ułamek sekundy, bo do domu wbiegło jeszcze dwóch mężczyzn. Starszych. Pobiegliśmy na nich z Louis'em. Jennifer pobiegła pomóc dziewczynom. Ja zabrałem się za wyższego. Był dobrze zbudowany, miał ciemne, dłuższe włosy. Zamachnął się na mnie, ale w porę zrobiłem unik. 
- Czego chcecie? - krzyknąłem, po czym uderzyłem go pięścią w brzuch. Nie użyłem broni. Oni jej nie użyli, a chciałem uniknąć strzelaniny. Bałem się, że ktoś z naszych może zginąć. Usłyszałem krzyk chłopaka. Odruchowo spojrzałem za siebie. Jenn potraktowała chłopaka paralizatorem. Wróg wykorzystał moją chwilę nieuwagi. Kopnął mnie w klatę. Poleciałem chyba aż pod drzwi kuchni! Podbiegł do mnie, chwycił za szyję, podniósł w górę i wyrzucił przez te drzwi. A że są to drzwi, które wystarczy tylko popchnąć, by się otwarły, wpadłem do kuchni prosto na stół. Poczułem ostry ból w barku, ale szybko się pozbierałem. Chwyciłem nóż z blatu i już miałem się zamachnąć, kiedy on złapał mnie z rękę i mocno ją wykręcił. Usłyszałem chrupnięcie. Mimowolnie krzyknąłem z bólu. Kopnąłem go jednak w... czułe miejsce i uderzyłem w głowę pustą szklaną butelką po mleku, która leżała na blacie. Jakie szczęście, że ktoś zapomniał ją wyrzucić do kosza. Koleś stracił przytomność. Złapałem zdrową ręką za pistolet i wybiegłem do salonu. Louis leżał nieprzytomny na podłodze. Chłopak, którego Jenn potraktowała paralizatorem też leżał. Poza nimi nikogo nie było. Zobaczyłem przez wybitą szybę, że Alice dalej siłuje się z tą dziewczyną. Wybiegłem, żeby jej pomóc. Usłyszeliśmy strzał. Całą trójką odwróciliśmy się w stronę odgłosu. Dobiegał z domu nauczycieli. Pobiegłem tam. W progu leżał pan Bird. Był ranny w brzuch. Nad nim pochylała się pani Skay, próbując opatrzyć ranę. Spojrzała na mnie. 
- Shane, Twoja ręka! 
- Nieważne, muszę im pomóc. 
- Uważaj! 
Pobiegłem na górę. Pan Stark okładał jakiegoś gościa. Wcześniej go nie widziałem. Pobiegłem w jego kierunku. Chciałem pomóc Stark'owi, ale krzyknął tylko "Dziewczyny!".
Obejrzałem się w prawo. Zobaczyłem panią Blue leżącą nieruchomo przy łóżku. Facet, który prawdopodobnie doprowadził Louis'a do nieprzytomności, trzymał teraz Jenn w uścisku. 
- Nie ruszać się, albo złamię jej kark! - wrzasnął. 
Caro i Eve stały jak wryte.  Nie wiedziały, co robić. 
- Może spróbujesz ze mną się zmierzyć, a nie zasłaniasz się dziewczyną, co? - powiedziałem z szyderczym uśmiechem. Chociaż miałem ochotę wyć z bólu, nie mogłem tego pokazać.
Napastnik puścił Jenn, przeszedł obok dziewczyn popychając je z całej siły na szafę. Sądzę, że jedna z nich zemdlała.
Podszedł do mnie i przywalił mi z całej siły w nos. Odrzuciłem głowę w lewo i poczułem mocne uderzenie w tył głowy. Czułem, że spadam. Uderzyłem o podłogę. Zobaczyłem tylko pistolet, którym w kogoś mierzył i huk wystrzeliwanego pocisku. I sam straciłem przytomność. Co się działo dalej, nie wiem. 





__________________________

Coś czuję, że nie będzie się podobać. Mnie też się niezbyt podoba, ale lepszego bym nie napisała.
Dobranoc ;) 

                                 Rozmuska.               

Rozdział XVIII

Oczami Alice:

Czasami człowiek udaje, bo tak lepiej i łatwiej. Teraz ludzie udawali spokojnych, ale łatwo było ich namierzyć. Weźmy sobie np. taką Emily. Skromniutka dziewczynka czepiająca się mojego brata, spotykała się za jego plecami z innym. Może myślała, że nikt jej nie widział? Pewnie sądziła, że wszyscy uwierzyli w tę jej łagodną naturę.
Nie ja. Nie, gdy chodzi o mojego brata.

***

Weszłam do wspólnego domu i skierowałam się wprost do pokoju Shane'a. Koś musiał mu przemówić do rozsądku i wypadło na mnie...a właściwie, sama tak zdecydowałam. Mniejsza o to. Zapukałam do drzwi zastanawiając się jak zacznę rozmowę.
- No proszę, proszę...któż to mnie odwiedził w mych skromnych progach? - zapytał z sarkazmem.
- Witaj braciszku. - przytuliłam go na powitanie. Co jak co, ale dawno nie okazywaliśmy sobie takich emocji. - Jesteś sam?
- Taaa..Louis gdzieś zwiał. I dobrze. Nareszcie mogę zjeść w łóżku. Proszę, księżno, wejdź.
Wchodząc przypomniałam sobie te wszystkie rozmowy, przygody. Byliśmy z Shane'em nierozłączni, aż do momentu gdy nas tu ściągnęli.
- Szykuje nam się poważna rozmowa. - powiadomiłam.
- Ah tak? Chyba nawet domyślam się o co chodzi, więc zacznijmy.
Nie krępując się wskoczyłam na jego łóżko i wzięłam z półki paczkę żelek.
- Więc słucham. - odpowiedziałam.
- To co mnie połączyło z Em..- wstał i zaczął krążyć po pokoju - stało się to dosyć szybko, ale myślę, że to szczere uczucie. Nawet nie wiem jeszcze co to jest...
- A ja wiem. I cię uświadomię. To szczenięce zauroczenie. Myślisz o Emily, jako o dziewczynie-anielicy, ale mogę zapewnić, że nią nie jest.
- Dobrze wiesz..
- Posłuchaj mnie!
- Nie mam zamiaru cię słuchać! Tobie się udało tak? Znalazłaś sobie Eve?! To dlaczego mi nie dasz świętego spokoju?!
- Bo się o ciebie martwię! Widziałam ją dzisiaj! Widziałam jak szła z tym..jak mu tam..Zac? Tak mu leciało? - Shane kręcił głową z niedowierzaniem.
- On ją nachodzi! To co innego.- odpowiedział.
- Sądzisz, że wtedy szłaby  z nim spacerkiem popijając jakieś koktajle?
Usiadł tylko na łóżku spuszczając głowę. Objęłam go i zaczęłam gładzić ręką po jego włosach.
- Nie miałam zamiaru ci tego mówić. - mówiłam spokojnie - Tylko sumienie nie dawało mi spokoju. Nie chcę byś cierpiał.

I tak siedzieliśmy chyba z godzinę. Razem. Bez nikogo kto by nam przeszkadzał, aż wrócił Louis. Pożegnałam się z bratem i poszłam do swego pokoju.
Już miałam się położyć gdy usłyszałam dziwny, głośny huk...jakby ktoś wyważył drzwi, wyszłam na korytarz a to co zastałam nie było przyjemnym widokiem.
- Biegnij po broń - powiedziałam Louis'owi.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział XVII

O w dupę, minął od ostatniego posta rok, trzy miesiące i dwa dni. XD Hahahahahhaa, zwijam się ze śmiechu, że postanowiłam napisać rozdział.... Błagam, taki zapłon to chyba mamy tylko my dwie XD 
Trzeba wprowadzić trochę akcji, więc czytać uważnie. Pewnie bardzo to spalę, ale co tam XD Chciałam się też pochwalić, że mamy aż 1060 wyświetleń. Mało, ale CII XD Za niedopatrzenia w tym rozdziale wielkie SORY ;>
_____________________________________________




Szczerze mówiąc,w ogóle się nie wyspałam. Miałam dziwne przeczucie, że wydarzy się coś złego.
Poza tym wydawało mi się to wszystko takie nierealne... Wybrani, wyprowadzka, treningi, Shane... No właśnie. Shane. Według mnie wszystko między nami dzieje się za szybko. Znamy się dopiero dwa tygodnie! Przez chwilę pomyślałam nawet o jakimś podstępie ze strony bliźniaków. Chyba nie powinnam tak myśleć, bo to bardzo głupie. Przecież Shane to na prawdę świetny chłopak. A dzisiaj nasza randka... 
Miałam mega problem, żeby wygramolić się z łóżka.... MEGA. Na całe 'szczęście', dzielę pokój z Alice, która uwielbia wyganiać mnie z łóżka...w bardzo brutalny sposób! Po prostu ciągnie mnie za nogi. Nie żebym nie próbowała się bronić, ale ona pod względem siły jest ode mnie o wiele lepsza. Chyba pod każdym względem jest ode mnie lepsza. Wracając do tej jakże przemiłej pobudki... nieraz zdarzyło mi się ją bardzo porządnie kopnąć, na przykład w brzuch... Za to ona tak mocno mnie ciągnęła za nogi, że dziwię się, że mam jeszcze wszystkie zęby i żadnego rozcięcia na głowie.
Dzisiaj też nie obeszło się od takiej pobudki. Nie wiem, czemu jej tak zależy, żebym wstała... Chyba po prostu lubi zrzucać mnie z łóżka...
No to żeby dała mi spokój, poszłam się ogarnąć. Schodząc na dół omal nie zderzyłyśmy się z Caro. Nie miała dziś humoru... Weszłam do kuchni... Nikt nie miał dziś humoru... Tylko jedna wesolutka Alice opowiadała jakiś dowcip Eve, która udawała, że się śmieje. Powiedziałam 'hej', a w odpowiedzi dostałam kilka pomruków. Usiadłam. Spojrzałam przelotnie na Shane, który posłał mi słaby, jakby wymuszony uśmiech. Przeszło mi przez myśl, że może nie chce iść na tę randkę....
- Co się Wam wszystkim dziś dzieje? - zapytałam.
- O co Ci znowu chodzi, marudo? - odfuknęła Ali... 
- Widzę te miny. Oprócz Twojej facjaty, wszyscy wydają się być przygnębieni. 
- W naszej szkole był jakiś napad, czy atak.... Kij wie. - Szepnął Shane. 
- Jakaś dziewczyna została mocno pokaleczona, nie wiadomo dlaczego... - dodała Jenn. 
- Pani Bones powiedziała, że sprawcy pytali o nas... Mogą tu być w każdej chwili. - powiedział obojętnym głosem Louis... 
- Skąd Wy o tym wszystkim wiecie? - byłam zaskoczona, że coś mnie ominęło. 
- Jak Ty sobie leżałaś spokojnie w łóżeczku, przyszli wszyscy nauczyciele. - warknęła Ali. 
- Trenujemy wszystko dziś bardzo intensywnie... Tak naprawdę straciliśmy mnóstwo czasu, żeby się 'przyzwyczaić'. Jesteśmy nieprzygotowani. - stwierdziła Caro. 
- Lepiej zjedz porządne śniadanie. Będziemy najprawdopodobniej ćwiczyć do szóstej... Od ósmej.... - powiedział smutno Shane... 
- Shane... - szepnęłam. Posłał mi znaczące spojrzenie. Już nic nie powiedziałam.Posłałam mu pocieszający uśmiech. Nie odwzajemnił go.
Musiałam się tego dnia wziąć ostro do roboty. Po tej ostatniej wywrotce jestem mocno do tyłu. Shane miał mi pomóc to ogarnąć, ale nie było jeszcze okazji.
Stark mocno się za nas wziął. Myślałam, że zdechnę. Ale robiłam postępy. Przynajmniej będę umiała się choć trochę obronić. Na szczęście są jeszcze jakieś 'bronie'. Spluwy to na pewno. Ja pewnie nie będę mogła ich nawet dotknąć. Po co ja tu w ogóle jestem? Przecież ja się do tego kompletnie nie nadaję! Potem zajęcia z Bird'em. Podał nam te kody dostępu do kryjówek. Ale po co ja mam się kryć? Czy nie jestem tu właśnie po to, by walczyć, a nie uciekać? Blue rozmawiała z nami o emocjach związanych z daną sytuacją. Zauważyła, że mam jakieś wątpliwości, więc mnie o nie zapytała. Powiedziałam tylko, że nie chcę o nich mówić przy wszystkich, na co Alice dość znacząco prychnęła. Natomiast Skay podała nam wskazówki, jak się zachować, kiedy ktoś będzie ranny. Nauczyciele też będą walczyć, gdy oczywiście stanie się coś złego, np. napad.
Po zajęciach mieliśmy pół godziny przerwy. Ale ja nie miałam choćby chwili spokoju, bo zawołała mnie Blue... 
- Może teraz opowiesz mi o swoich wątpliwościach? - zagadnęła. 
- Po co?
- Chcę wiedzieć co Cię rozprasza.... 
- To miejsce. Ten tryb życia. To ryzyko. Po co ja tu w ogóle jestem?!
- Żeby nam pomóc - powiedziała spokojnie nauczycielka. 
- Ale ja się przecież do niczego nie nadaję! Zero siły, zero refleksu, zero jakichkolwiek umiejętności! 
- Zostałaś wybrana nie bez powodu. Przeszłość Twojej rodziny jest jednym z tych powodów... 
- Jak to przeszłość mojej rodziny? - mocno się zdziwiłam. 
- Twój ojciec.... 
- Co mój ojciec?! Chce Pani powiedzieć, że on też był w takiej grupie? 
- Owszem, razem ze mną, resztą nauczycieli, matką Eve i ojcem Caroline. 
- To niemożliwe! Mój ojciec?! Dobry? - nie mogłam tego słuchać! To było nie do pomyślenia! 
- Był najlepszy, Emily. - odpowiedziała z dumą pani Amelie
- Najlepszy?! Skoro był taki najlepszy, to czemu nas zostawił? No czemu?! - byłam coraz bardziej wściekła. Ledwo powstrzymywałam łzy ze złości... 
- Nie chciał Cię narażać na.... niebezpieczeństwo... - powiedziała wychowawczyni. 
- Niebezpieczeństwo? Proszę się nie wygłupiać! Zwykły egoista i tyle! - krzyczałam - nie można go nazwać najlepszym! Wie Pani, jak to jest, kiedy ojciec Panią zostawia? Nie wie Pani! Nic Pani nie wie! - wybiegłam z gabinetu. Miałam ochotę coś rozwalić. Przy wyjściu z domku stała Jenn, próbowała mnie zatrzymać. Odepchnęłam ją mrucząc coś o tym, że chce zostać sama i uciekłam. Biegłam tak szybko, że nawet nie wiedziałam dokąd biegnę! Łzy, które płynęły mi z oczu, dokuczały mi tak strasznie, że prawie nic nie widziałam. Dobiegłam do jakiegoś parku, usiadłam na pierwszą lepszą ławkę i zaczęłam ryczeć. Po prostu ryczeć. Nagle poczułam, że ktoś siada obok mnie. 
- Odejdź Jenn! - tylko tyle dałam radę powiedzieć. Ona nadal siedziała obok mnie nic nie mówiąc. Podniosłam wzrok i juz chciałam się wydrzeć, gdy zobaczyłam Zac'a. 
- Co Ty tu robisz? - warknęłam. 
- Przechodziłem obok, gdy zobaczyłem płaczącą dziewczynę. Pomyślałem, że przyda jej się wsparcie. Co się stało, mała? - odrzekł... 
- Nie ważne! Serio... 
- Mogę Ci jakoś pomóc?
- Chyba nie. - zaczął mnie intrygować. Czego on ode mnie właściwie chce? 
- Przestań płakać, proszę. Co powiesz na koktajl? - zapytał. 
- Nie mam ochoty. Zrozum... 
Nie zrozumiał. 
- No choooodź. - pociągnął mnie za rękę, po czym pociągnął za sobą. Wyciągnął z kieszeni chusteczki i podał mi je.
- Dzięki. Nie mam przy sobie pieniędzy, w ogóle jestem w jakimś okropnym dresie, cała poryczana, a Ty mnie do ludzi ciągniesz... 
- Weźmiemy na wynos. Ja zapłacę.
- Na prawdę nie trzeba... 
- Ale chcę. To zamiast kina.... - uśmiechnął się zawadiacko. 
- Dziękuję. Wypijemy i spadam do domu. 
- Dobrze. 
I tak piliśmy te głupie koktajle dobre dwie godziny. Nawet polubiłam tego Zac'a. Ale nie tak jak Shane'a. 
Zac odprowadził mnie do domu, chodź bardzo protestowałam. Poprosiłam go, żeby nie szedł ze mną pod same drzwi, bo Shane będzie wkurzony. Uszanował. to. Kiedy stanęłam na podjeździe doznałam szoku. To co mnie ominęło z pewnością nie było szaloną imprezą....