piątek, 20 czerwca 2014

Rozdział XIX 

Oczami Shane'a. 

Wróciłem z przerwy. Em nigdzie nie było. Zapytałem o to Jenn. Nic nie powiedziała. Zmartwiłem się.
- Na dziś to koniec, pewnie jesteście zmęczeni. - oznajmiła pani Blue. 
To nawet było na moją korzyść. Mogłem poszukać Emily.
Zajrzałem chyba wszędzie! Jakby się rozpłynęła. Jennifer powiedziała, że matka po nią przyjechała, żeby zabrać ją na fajną kolację. Jakoś ciężko było mi w to uwierzyć, ale dałem spokój.
Poszedłem do pokoju. Louis'a nigdzie nie było. Pewnie szwendał się gdzieś z Caro. A to oznaczało tylko jedno... Że mogłem nareszcie zjeść w spokoju w swoim łóżku! Tak! I to się ceni! 
Kiedy tak sobie jadłem, postanowiła odwiedzić mnie moja siostrunia. 
- Witaj braciszku. - powiedziała, po czym przytuliła mnie. Dawno tego nie robiliśmy. To chyba źle. 
- Szykuje nam się poważna rozmowa. - oznajmiła. 
- Ah tak? Chyba nawet domyślam się o co chodzi, więc zacznijmy. - powiedziałem. Z jednej strony nie chciałem słuchać jej pretensji i uszczypliwych uwag, ale z drugiej strony, tak dawno nie rozmawialiśmy... 
- To co mnie połączyło z Em... - zacząłem [...]
To ja jej się zwierzam, a ona mi tu wyskakuje z jakimś szczenięcym zauroczeniem! Zdenerwowałem się. Ale kiedy powiedziała mi o tym 'uroczym spacerku z koktajlami', myślałem, że mnie rozniesie! 
Aby się  uspokoić zwiesiłem głowę. Alice objęła mnie ramieniem i zaczęła gładzić po włosach. Nie mogłem uwierzyć. Musi być na to jakieś logiczne wyjaśnienie! Nic nie przychodziło mi do głowy. Po jakiejś godzinie wrócił Louis. Ali poszła do siebie.
- Co jest, stary? Wyglądasz... źle. - zagadnął Louis.
- Dzięki, chłopie. Miło mi. - powiedziałem z sarkazmem - Alice opowiedziała mi bardzo ciekawą rzecz... 

- A mianowicie? 
- Podobno widziała Emily z Zac'iem na jakimś spacerku z koktajlami. Śmieszne co?
- Bardzo. Uśmiałem się. - powiedział - Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby to była prawda. 
- Auć... Stary, to boli. - udałem, że oberwałem z pistoletu w serce. 
- Od zawsze jej nie lubiłem. - powiedział ze złością w oczach.
- Alice też. Może wymyśliła to całe spotkanie, żebym się z nią nie spotykał? - zastanawiałem się głośno. 
- Ali? Bez przesady ona taka nie.... - nie dokończył, bo rozległ się ogromny huk... jakby wyłamywanie drzwi z zawiasów.
Wybiegliśmy na korytarz. Ze schodów zobaczyliśmy jakichś obcych ludzi... 

- Biegnij po broń - wydarła się Alice. 
Louis natychmiast pobiegł do końca korytarza, by zza obrazu na bocznej ścianie wyciągnąć to, co nam potrzebne. Rzucił Alice broń, a ta natychmiast pobiegła na dół, gdzie Caroline i Eve już miały do czynienia z włamywaczami. Przestraszyłem się, że dziewczynom się coś stanie i popędziłem Louis'a, który rzucił mi mój pistolet. Pobiegłem na dół do dziewczyn. Alice mocowała się z jakąś dziewczyną, a Caro i Eve próbowały siłować się z jakimś chłopakiem. Te osoby nie były od nas dużo starsze, na oko góra 20 lat. Spojrzałem na schody. Louis biegł po nich, a za nim Jenn. Był to tylko ułamek sekundy, bo do domu wbiegło jeszcze dwóch mężczyzn. Starszych. Pobiegliśmy na nich z Louis'em. Jennifer pobiegła pomóc dziewczynom. Ja zabrałem się za wyższego. Był dobrze zbudowany, miał ciemne, dłuższe włosy. Zamachnął się na mnie, ale w porę zrobiłem unik. 
- Czego chcecie? - krzyknąłem, po czym uderzyłem go pięścią w brzuch. Nie użyłem broni. Oni jej nie użyli, a chciałem uniknąć strzelaniny. Bałem się, że ktoś z naszych może zginąć. Usłyszałem krzyk chłopaka. Odruchowo spojrzałem za siebie. Jenn potraktowała chłopaka paralizatorem. Wróg wykorzystał moją chwilę nieuwagi. Kopnął mnie w klatę. Poleciałem chyba aż pod drzwi kuchni! Podbiegł do mnie, chwycił za szyję, podniósł w górę i wyrzucił przez te drzwi. A że są to drzwi, które wystarczy tylko popchnąć, by się otwarły, wpadłem do kuchni prosto na stół. Poczułem ostry ból w barku, ale szybko się pozbierałem. Chwyciłem nóż z blatu i już miałem się zamachnąć, kiedy on złapał mnie z rękę i mocno ją wykręcił. Usłyszałem chrupnięcie. Mimowolnie krzyknąłem z bólu. Kopnąłem go jednak w... czułe miejsce i uderzyłem w głowę pustą szklaną butelką po mleku, która leżała na blacie. Jakie szczęście, że ktoś zapomniał ją wyrzucić do kosza. Koleś stracił przytomność. Złapałem zdrową ręką za pistolet i wybiegłem do salonu. Louis leżał nieprzytomny na podłodze. Chłopak, którego Jenn potraktowała paralizatorem też leżał. Poza nimi nikogo nie było. Zobaczyłem przez wybitą szybę, że Alice dalej siłuje się z tą dziewczyną. Wybiegłem, żeby jej pomóc. Usłyszeliśmy strzał. Całą trójką odwróciliśmy się w stronę odgłosu. Dobiegał z domu nauczycieli. Pobiegłem tam. W progu leżał pan Bird. Był ranny w brzuch. Nad nim pochylała się pani Skay, próbując opatrzyć ranę. Spojrzała na mnie. 
- Shane, Twoja ręka! 
- Nieważne, muszę im pomóc. 
- Uważaj! 
Pobiegłem na górę. Pan Stark okładał jakiegoś gościa. Wcześniej go nie widziałem. Pobiegłem w jego kierunku. Chciałem pomóc Stark'owi, ale krzyknął tylko "Dziewczyny!".
Obejrzałem się w prawo. Zobaczyłem panią Blue leżącą nieruchomo przy łóżku. Facet, który prawdopodobnie doprowadził Louis'a do nieprzytomności, trzymał teraz Jenn w uścisku. 
- Nie ruszać się, albo złamię jej kark! - wrzasnął. 
Caro i Eve stały jak wryte.  Nie wiedziały, co robić. 
- Może spróbujesz ze mną się zmierzyć, a nie zasłaniasz się dziewczyną, co? - powiedziałem z szyderczym uśmiechem. Chociaż miałem ochotę wyć z bólu, nie mogłem tego pokazać.
Napastnik puścił Jenn, przeszedł obok dziewczyn popychając je z całej siły na szafę. Sądzę, że jedna z nich zemdlała.
Podszedł do mnie i przywalił mi z całej siły w nos. Odrzuciłem głowę w lewo i poczułem mocne uderzenie w tył głowy. Czułem, że spadam. Uderzyłem o podłogę. Zobaczyłem tylko pistolet, którym w kogoś mierzył i huk wystrzeliwanego pocisku. I sam straciłem przytomność. Co się działo dalej, nie wiem. 





__________________________

Coś czuję, że nie będzie się podobać. Mnie też się niezbyt podoba, ale lepszego bym nie napisała.
Dobranoc ;) 

                                 Rozmuska.               

Rozdział XVIII

Oczami Alice:

Czasami człowiek udaje, bo tak lepiej i łatwiej. Teraz ludzie udawali spokojnych, ale łatwo było ich namierzyć. Weźmy sobie np. taką Emily. Skromniutka dziewczynka czepiająca się mojego brata, spotykała się za jego plecami z innym. Może myślała, że nikt jej nie widział? Pewnie sądziła, że wszyscy uwierzyli w tę jej łagodną naturę.
Nie ja. Nie, gdy chodzi o mojego brata.

***

Weszłam do wspólnego domu i skierowałam się wprost do pokoju Shane'a. Koś musiał mu przemówić do rozsądku i wypadło na mnie...a właściwie, sama tak zdecydowałam. Mniejsza o to. Zapukałam do drzwi zastanawiając się jak zacznę rozmowę.
- No proszę, proszę...któż to mnie odwiedził w mych skromnych progach? - zapytał z sarkazmem.
- Witaj braciszku. - przytuliłam go na powitanie. Co jak co, ale dawno nie okazywaliśmy sobie takich emocji. - Jesteś sam?
- Taaa..Louis gdzieś zwiał. I dobrze. Nareszcie mogę zjeść w łóżku. Proszę, księżno, wejdź.
Wchodząc przypomniałam sobie te wszystkie rozmowy, przygody. Byliśmy z Shane'em nierozłączni, aż do momentu gdy nas tu ściągnęli.
- Szykuje nam się poważna rozmowa. - powiadomiłam.
- Ah tak? Chyba nawet domyślam się o co chodzi, więc zacznijmy.
Nie krępując się wskoczyłam na jego łóżko i wzięłam z półki paczkę żelek.
- Więc słucham. - odpowiedziałam.
- To co mnie połączyło z Em..- wstał i zaczął krążyć po pokoju - stało się to dosyć szybko, ale myślę, że to szczere uczucie. Nawet nie wiem jeszcze co to jest...
- A ja wiem. I cię uświadomię. To szczenięce zauroczenie. Myślisz o Emily, jako o dziewczynie-anielicy, ale mogę zapewnić, że nią nie jest.
- Dobrze wiesz..
- Posłuchaj mnie!
- Nie mam zamiaru cię słuchać! Tobie się udało tak? Znalazłaś sobie Eve?! To dlaczego mi nie dasz świętego spokoju?!
- Bo się o ciebie martwię! Widziałam ją dzisiaj! Widziałam jak szła z tym..jak mu tam..Zac? Tak mu leciało? - Shane kręcił głową z niedowierzaniem.
- On ją nachodzi! To co innego.- odpowiedział.
- Sądzisz, że wtedy szłaby  z nim spacerkiem popijając jakieś koktajle?
Usiadł tylko na łóżku spuszczając głowę. Objęłam go i zaczęłam gładzić ręką po jego włosach.
- Nie miałam zamiaru ci tego mówić. - mówiłam spokojnie - Tylko sumienie nie dawało mi spokoju. Nie chcę byś cierpiał.

I tak siedzieliśmy chyba z godzinę. Razem. Bez nikogo kto by nam przeszkadzał, aż wrócił Louis. Pożegnałam się z bratem i poszłam do swego pokoju.
Już miałam się położyć gdy usłyszałam dziwny, głośny huk...jakby ktoś wyważył drzwi, wyszłam na korytarz a to co zastałam nie było przyjemnym widokiem.
- Biegnij po broń - powiedziałam Louis'owi.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział XVII

O w dupę, minął od ostatniego posta rok, trzy miesiące i dwa dni. XD Hahahahahhaa, zwijam się ze śmiechu, że postanowiłam napisać rozdział.... Błagam, taki zapłon to chyba mamy tylko my dwie XD 
Trzeba wprowadzić trochę akcji, więc czytać uważnie. Pewnie bardzo to spalę, ale co tam XD Chciałam się też pochwalić, że mamy aż 1060 wyświetleń. Mało, ale CII XD Za niedopatrzenia w tym rozdziale wielkie SORY ;>
_____________________________________________




Szczerze mówiąc,w ogóle się nie wyspałam. Miałam dziwne przeczucie, że wydarzy się coś złego.
Poza tym wydawało mi się to wszystko takie nierealne... Wybrani, wyprowadzka, treningi, Shane... No właśnie. Shane. Według mnie wszystko między nami dzieje się za szybko. Znamy się dopiero dwa tygodnie! Przez chwilę pomyślałam nawet o jakimś podstępie ze strony bliźniaków. Chyba nie powinnam tak myśleć, bo to bardzo głupie. Przecież Shane to na prawdę świetny chłopak. A dzisiaj nasza randka... 
Miałam mega problem, żeby wygramolić się z łóżka.... MEGA. Na całe 'szczęście', dzielę pokój z Alice, która uwielbia wyganiać mnie z łóżka...w bardzo brutalny sposób! Po prostu ciągnie mnie za nogi. Nie żebym nie próbowała się bronić, ale ona pod względem siły jest ode mnie o wiele lepsza. Chyba pod każdym względem jest ode mnie lepsza. Wracając do tej jakże przemiłej pobudki... nieraz zdarzyło mi się ją bardzo porządnie kopnąć, na przykład w brzuch... Za to ona tak mocno mnie ciągnęła za nogi, że dziwię się, że mam jeszcze wszystkie zęby i żadnego rozcięcia na głowie.
Dzisiaj też nie obeszło się od takiej pobudki. Nie wiem, czemu jej tak zależy, żebym wstała... Chyba po prostu lubi zrzucać mnie z łóżka...
No to żeby dała mi spokój, poszłam się ogarnąć. Schodząc na dół omal nie zderzyłyśmy się z Caro. Nie miała dziś humoru... Weszłam do kuchni... Nikt nie miał dziś humoru... Tylko jedna wesolutka Alice opowiadała jakiś dowcip Eve, która udawała, że się śmieje. Powiedziałam 'hej', a w odpowiedzi dostałam kilka pomruków. Usiadłam. Spojrzałam przelotnie na Shane, który posłał mi słaby, jakby wymuszony uśmiech. Przeszło mi przez myśl, że może nie chce iść na tę randkę....
- Co się Wam wszystkim dziś dzieje? - zapytałam.
- O co Ci znowu chodzi, marudo? - odfuknęła Ali... 
- Widzę te miny. Oprócz Twojej facjaty, wszyscy wydają się być przygnębieni. 
- W naszej szkole był jakiś napad, czy atak.... Kij wie. - Szepnął Shane. 
- Jakaś dziewczyna została mocno pokaleczona, nie wiadomo dlaczego... - dodała Jenn. 
- Pani Bones powiedziała, że sprawcy pytali o nas... Mogą tu być w każdej chwili. - powiedział obojętnym głosem Louis... 
- Skąd Wy o tym wszystkim wiecie? - byłam zaskoczona, że coś mnie ominęło. 
- Jak Ty sobie leżałaś spokojnie w łóżeczku, przyszli wszyscy nauczyciele. - warknęła Ali. 
- Trenujemy wszystko dziś bardzo intensywnie... Tak naprawdę straciliśmy mnóstwo czasu, żeby się 'przyzwyczaić'. Jesteśmy nieprzygotowani. - stwierdziła Caro. 
- Lepiej zjedz porządne śniadanie. Będziemy najprawdopodobniej ćwiczyć do szóstej... Od ósmej.... - powiedział smutno Shane... 
- Shane... - szepnęłam. Posłał mi znaczące spojrzenie. Już nic nie powiedziałam.Posłałam mu pocieszający uśmiech. Nie odwzajemnił go.
Musiałam się tego dnia wziąć ostro do roboty. Po tej ostatniej wywrotce jestem mocno do tyłu. Shane miał mi pomóc to ogarnąć, ale nie było jeszcze okazji.
Stark mocno się za nas wziął. Myślałam, że zdechnę. Ale robiłam postępy. Przynajmniej będę umiała się choć trochę obronić. Na szczęście są jeszcze jakieś 'bronie'. Spluwy to na pewno. Ja pewnie nie będę mogła ich nawet dotknąć. Po co ja tu w ogóle jestem? Przecież ja się do tego kompletnie nie nadaję! Potem zajęcia z Bird'em. Podał nam te kody dostępu do kryjówek. Ale po co ja mam się kryć? Czy nie jestem tu właśnie po to, by walczyć, a nie uciekać? Blue rozmawiała z nami o emocjach związanych z daną sytuacją. Zauważyła, że mam jakieś wątpliwości, więc mnie o nie zapytała. Powiedziałam tylko, że nie chcę o nich mówić przy wszystkich, na co Alice dość znacząco prychnęła. Natomiast Skay podała nam wskazówki, jak się zachować, kiedy ktoś będzie ranny. Nauczyciele też będą walczyć, gdy oczywiście stanie się coś złego, np. napad.
Po zajęciach mieliśmy pół godziny przerwy. Ale ja nie miałam choćby chwili spokoju, bo zawołała mnie Blue... 
- Może teraz opowiesz mi o swoich wątpliwościach? - zagadnęła. 
- Po co?
- Chcę wiedzieć co Cię rozprasza.... 
- To miejsce. Ten tryb życia. To ryzyko. Po co ja tu w ogóle jestem?!
- Żeby nam pomóc - powiedziała spokojnie nauczycielka. 
- Ale ja się przecież do niczego nie nadaję! Zero siły, zero refleksu, zero jakichkolwiek umiejętności! 
- Zostałaś wybrana nie bez powodu. Przeszłość Twojej rodziny jest jednym z tych powodów... 
- Jak to przeszłość mojej rodziny? - mocno się zdziwiłam. 
- Twój ojciec.... 
- Co mój ojciec?! Chce Pani powiedzieć, że on też był w takiej grupie? 
- Owszem, razem ze mną, resztą nauczycieli, matką Eve i ojcem Caroline. 
- To niemożliwe! Mój ojciec?! Dobry? - nie mogłam tego słuchać! To było nie do pomyślenia! 
- Był najlepszy, Emily. - odpowiedziała z dumą pani Amelie
- Najlepszy?! Skoro był taki najlepszy, to czemu nas zostawił? No czemu?! - byłam coraz bardziej wściekła. Ledwo powstrzymywałam łzy ze złości... 
- Nie chciał Cię narażać na.... niebezpieczeństwo... - powiedziała wychowawczyni. 
- Niebezpieczeństwo? Proszę się nie wygłupiać! Zwykły egoista i tyle! - krzyczałam - nie można go nazwać najlepszym! Wie Pani, jak to jest, kiedy ojciec Panią zostawia? Nie wie Pani! Nic Pani nie wie! - wybiegłam z gabinetu. Miałam ochotę coś rozwalić. Przy wyjściu z domku stała Jenn, próbowała mnie zatrzymać. Odepchnęłam ją mrucząc coś o tym, że chce zostać sama i uciekłam. Biegłam tak szybko, że nawet nie wiedziałam dokąd biegnę! Łzy, które płynęły mi z oczu, dokuczały mi tak strasznie, że prawie nic nie widziałam. Dobiegłam do jakiegoś parku, usiadłam na pierwszą lepszą ławkę i zaczęłam ryczeć. Po prostu ryczeć. Nagle poczułam, że ktoś siada obok mnie. 
- Odejdź Jenn! - tylko tyle dałam radę powiedzieć. Ona nadal siedziała obok mnie nic nie mówiąc. Podniosłam wzrok i juz chciałam się wydrzeć, gdy zobaczyłam Zac'a. 
- Co Ty tu robisz? - warknęłam. 
- Przechodziłem obok, gdy zobaczyłem płaczącą dziewczynę. Pomyślałem, że przyda jej się wsparcie. Co się stało, mała? - odrzekł... 
- Nie ważne! Serio... 
- Mogę Ci jakoś pomóc?
- Chyba nie. - zaczął mnie intrygować. Czego on ode mnie właściwie chce? 
- Przestań płakać, proszę. Co powiesz na koktajl? - zapytał. 
- Nie mam ochoty. Zrozum... 
Nie zrozumiał. 
- No choooodź. - pociągnął mnie za rękę, po czym pociągnął za sobą. Wyciągnął z kieszeni chusteczki i podał mi je.
- Dzięki. Nie mam przy sobie pieniędzy, w ogóle jestem w jakimś okropnym dresie, cała poryczana, a Ty mnie do ludzi ciągniesz... 
- Weźmiemy na wynos. Ja zapłacę.
- Na prawdę nie trzeba... 
- Ale chcę. To zamiast kina.... - uśmiechnął się zawadiacko. 
- Dziękuję. Wypijemy i spadam do domu. 
- Dobrze. 
I tak piliśmy te głupie koktajle dobre dwie godziny. Nawet polubiłam tego Zac'a. Ale nie tak jak Shane'a. 
Zac odprowadził mnie do domu, chodź bardzo protestowałam. Poprosiłam go, żeby nie szedł ze mną pod same drzwi, bo Shane będzie wkurzony. Uszanował. to. Kiedy stanęłam na podjeździe doznałam szoku. To co mnie ominęło z pewnością nie było szaloną imprezą.... 

czwartek, 14 marca 2013

Rozdział XVI

Tak, tak, wieemy. Wow kolejny rozdział. *.* Od rozdziału XX powinno być jeszcze ciekawiej. Tylko obserwujcie. Postaramy się dodać w miarę szybko, jak tylko Elvis będzie miała wenę. Miłego czytanka. ;)

____________________________________________________




Taak, następnego dnia miałam powiedzieć Shane'owi, gdzie i kiedy chcę iść na tę naszą RANDKĘ.
Miałam nadzieję, że wiemy o tym tylko ja i on. Dzień zapowiadał się dobrze. Shane miał przez cały ranek i przedpołudnie uśmiech przyklejony do twarzy i nie odrywał ode mnie wzroku. Zresztą ja miałam tak samo. Po lunch'u spotkaliśmy się w ogrodzie. Była piękna pogoda. Siedziałam pod drzewem i czytałam książkę. On stanął nade mną tak, że zasłaniał mi słońce.
- Ej, zasłaniasz mi słońce.
- Przepraszam- wydukał. Ja się trochę speszyłam. Usiadł obok mnie. - To wybrałaś jakieś fajne miejsce.?
- Szczerze mówiąc ... nie. Może Ty coś zaproponuj.
- Hmmm.. znam taką knajpkę, dwie przecznice stąd. Lubisz włoską kuchnię.?
- Jasne, uwielbiam. A kiedy.?
- Może jutro, mamy wieczór wolny, bo  pani Blue nie ma.
- Okey, więc o której. ?
- Pójdźmy o szóstej, to dobra pora, co.? Tylko nic nie jedz przed wyjściem.
- Haha, no dobra, to przyjdź po mnie do pokoju.
Shane poszedł, a ja wyobrażałam sobie naszą randkę.....
Siedzimy we Włoskiej knajpce...śmiejemy się. Po jakimś czasie Shane wyznaje mi miłość. Wracamy do domu i całujemy się, od tego momentu jesteśmy parą....
Aaah. To byłoby piękne. Wróciłam do czytania mojej książki, ale nie umiałam się skupić. Poszłam do domu. Wzięłam z kuchni szklankę soku i tabliczkę czekolady. Czekolada pomaga mi na stres, a stresuję się baaardzo. Idąc do pokoju spotkałam Jenn i Caro. Caroline nie zwróciła na mnie uwagi, ale Jenn to nadrobiła.
- Zamierzasz zjeść całą tabliczkę czekolady ? Bo jeszcze przytyjesz.
- Ha ha ha. Bardzo jesteś dziś zabawna. To na stres.
- A czym Ty się tak stresujesz dziewczyno.?
- Eee, jutrzejszym treningiem. Tak !
- Ehmm, no jasne. Jak nie chcesz powiedzieć, to nie. I tak się dowiem.
- A co mi tam. Idę na randkę z Shane'em. - powiedziałam szeptem.
- Aaaaa! Chyba pęknę ze szczęścia.! Em idzie na randkę z .. - krzyczała, ale nie zdążyła dokończyć bo zatkałam jej usta ręką.
- Ciii. Nie kumasz. ? Nie chcę żeby wszyscy wiedzieli.
- Przepraszaam, ale tak się tym jaram.
- To przestań ! Ja idę, postaraj się trzymać gębę na kłódkę.
- Dobrze, już. Okk. To do zobaczenia na spotkaniu.
- O której i z kim . ?
- O szóstej, ze Skay.
- No to narazie.- pożegnałam się.
Poszłam do pokoju i zeżarłam całą tą tabliczkę czekolady. Na szczęście Alice ucięła sobie drzemkę. Po spotkaniu ze Skay umyłam się i poszłam spać. Na jutro muszę być wyspana.



                                                                                Rozmuska.

poniedziałek, 11 marca 2013

Rozdział XV

TAK BARDZO DŁUGO ;-;

Wiemy, bardzo, bardzo, bardzooo długo czekaliście na ten rozdział. Ale oto i jest. Do dupy, krótki ale zawsze ._.

____________________

Siedząc koło niego pragnęłam. Pragnęłam go. Dżizys, o czym ja myślę. No ale taka prawda. Shane jest naprawdę super chłopakiem. W dodatku jest przystojny. Bardzo, bardzo przystojny. Jedno ale odnosi się do jego siostry, która gdyby dowiedziałaby się o moich najskrytszych marzeniach, prawdopodobnie pocięłaby mnie na kawałki, po czym zakopała gdzieś daleko mówiąc Shane'owi że uciekłam na drugi koniec świata z jakimś Arabem lub kimś innym. Cóż, siostry to mu nie zazdroszczę ale wracając do niego. Był jej całkowitym przeciwieństwem. Był miły, koleżeński, szarmancki.
- Hej, może wybierzemy się na spacer? - zapytał.
- W sumie czemu nie? - odpowiedziałam, uśmiech pojawił mi się na twarzy. Ale nie tylko mi.
- Wiesz chciałem pogadać.
- Spoko. Lubię rozmowy.
- Okej, to co? idziemy?
- Ale że jak? Już? Teraz?
- No tak..chyba że masz coś innego do roboty? - spojrzał tym swoim zalotnym wzrokiem.
- Nie nie..chodźmy.
Wstaliśmy a potem skierowaliśmy się do drzwi.

Szliśmy polną dróżką. Słońce grzało a rośliny budziły się do życia. Lecz mnie zastanawiało tylko o czym chce ze mną rozmawiać Shane. Skoro trochę już o sobie wiedzieliśmy, może chciał się dowiedzieć więcej?
- Więc o czym chciałeś porozmawiać? - zagadnęłam.
- A w sumie to o niczym.
O niczym? Przecież sam mi powiedział że chce pogadać. Chyba zmienia zdanie gorzej niż baba z okresem.
- Nie. Stop. Wróć. -powiedział po chwili - Chciałbym o coś spytać.
- To nie mogłeś spytać w domu?
- A to źle że chcę być romantyczny? - stanęłam jak wryta.
- Chwila..bo zaraz pomyślę że chcesz mi się oświadczyć. - palnęłam.
- Oświadczyć może i nie. Ale chciałbym cię zaprosić.
- Okej, a mogę wiedzieć na co?
- Na randkę.
Osłupiałam. SHANE. CHCE. MNIE.ZAPROSIĆ.NA.RANDKĘ. NA RANDKĘ. SHANE. MNIE . NA RANDKĘ. OMGOMGOMG. (Typowa reakcja napalonej nastolatki).
- N-na ran-n-dkę?
- Tak. Sama możesz wybrać gdzie, kiedy. Ale proszę, zgódź się.
- Ja, ja..-nie wiedziałam co powiedzieć.
- Zgadzasz się? Proszę. - nalegał Shane.
- Tak. Dobrze.

Wróciliśmy do domu, a ja cała ogłupiała, szczęśliwa pobiegłam do swojego pokoju gdzie zastałam Eve i Alice przytulone do siebie (wyobraziłam sobie siebie i Shane'a na takim słodkim obrazku.)
- Czego? - rozwiała moje marzenia Alice.
- To także mój pokój co nie? - wyszczerzyłam się i wracając do marzenia padłam na swoje łóżko.
- Co Ty taka szczęśliwa? - zagadnęła Eve.
- A tak jakoś. W końcu wiosna. - posłałam jej szczery uśmiech w zamian dostając to samo i dodatkowo irytujący wzrok Alice.
Wstałam i ruszyłam w kierunku łazienki chcą jeszcze bardziej ożywić się pod prysznicem.
- Ale z Was zakochańce - powiedziałam po czym zamknęłam drzwi łazienki.
- Spieprzaj - usłyszałam tylko pomruk Alice.

                                                                 Elvis

piątek, 4 stycznia 2013

Rozdział XIV

Sooorka za tak długą przerwę ale szkooła i obowiązki. No i jeszcze pisanie scenariusza..w każdym razie, postaramy się dodawać rozdziały częściej, zdecydowanie częściej
**
-Alice! - zawołał Shane
Gdy byłyśmy już na dole spojrzałyśmy w hol a tam stała Alice zalana w trzy dupy z jakimś chłopakiem....Chwileczke..Ja go gdzieś widziałam. Wiem! To Zac!
- Braciszku Ty mój najukochańszy - Alice chwiejnym krokiem podeszła do Shane'a - Ty nawet nie wiesz jak się bardzo stękniałam...stęskniełam...stęskniłam się! No właśnie!
A potem ruszyła w strone salonu. Niestety, ze skutkiem przewrócenia się przez kanapę. Upadła na nią i po chwili spała.
- Ja pitole - skomentował Shane.
- A Ty co tu robisz? Zane? Zac? Czy jak Ci tam? - zapytała Caro.
- Zac, no więc..zauważyłem Alice gdy jechałam ze sklepu. W takim stanie raczej nie wróciła by do domu, więc pomyślałem że jej pomogę.
-Chwileczkę! Skąd wiedziałeś gdzie mieszkamy?
- Alice miała w kurtce adres.
- Suuuper...obmacujesz moją siostrę zboczeńcu?! - Shane ruszył na Zac'a lecz zaprotestowałam
- Shane! On ją przed nimi uratował!
Shane popatrzył na mnie po czym odsunął się na swoje dawne miejsce.
-Faktycznie. Przepraszam. I dziękuje.
- Spoko..-odpowiedział.
Chyba wydawało mu się że może ktoś zaprosi go dalej, na jakąś kawę, herbatę ale na to się nie zanosiło.
-To ja...będę się zbierał. Dobranoc
- Narazie -odpowiedzieliśmy.
I wyszedł. Tyle go widziałam, nawet ze mną nie porozmawiał. Świnia.
Shane wziął Ali z kanapy i zaniósł do naszego pokoju. Eve natomiast przygotowała wodę, i postawiła koło łóżka. Potem przyniosła wiadro, każdy wie na co. A ja? Ja położyłam się spać. Widziałam jak Eve siedzi przy dziewczynie i głaszczę ją po głowie. Ona naprawdę ją kochała..tak..szczerze. Ah, gdyby tylko Shane wyznał mi miłość, mogłabym go pocałować. Stop. O czym ja myślę. Pierwszy baranek, drugi baranek, trzeci baranek...dup! OWCA! Czy to jakaś różnica??? Nie, o tym wolę też nie myśleć. Patrząc na dziewczyny oddałam się snu.
W moim śnie nie było nic. Wszystko wydawało się czarne. Pustka.Obudziłam się. Leniwie popatrzyłam na zegarek, 11.30. Szczęście że mieliśmy ''wolne''. Wstałam z łóżka.
- Hej. - powiedziała Eve ściszonym głosem, wchodząc do pokoju - sorry, nie chce jej obudzić.
- Cześć i jasne.
- Słuchaj, dziękuje za wczoraj. Za to że mnie wysłuchałaś no i wsparłaś.
- Nie ma za co, jesteśmy teraz prawie jak rodzina i musimy chyba sobie nawzajem pomagać, prawda?
- Tak ale mimo wszystko dziękuje - uśmiechnęła się a ja odpowiedziałam tym samym- to co? Idziemy na śniadanie?
_ Oczywiście! Tylko skorzystam z łazienki- odpowiedziałam.
Doprowadzenie się do pokazania ludziom zajęło mi ledwie 15 minut. Zeszłam na dół z Evie a tam każdy miał już przygotowaną miseczkę z płatkami i mlekiem.
- Hejo!- powiedziałam. Na co mi odpowiedzieli.
- FUJ! Skisłe mleko! - krzyknęła Carolina.
Wszyscy zaczęli się śmiać tak głośno że nie usłyszeliśmy schodzącej Alice.
- Ja pindole, ciszej, bo łeb pęknie. - powiedziała.
- No proszę, proszę siostrzyczko, my cię wszędzie szukaliśmy a ty w najlepsze się bawiłaś. Czekam na poważne wyjaśnienia.
-Dobra..ale ciszej. Po prostu spodobały się mi pewne spodnie więc stwierdziłam że rano pojadę do sklepu, i je kupię. Niestety je wysprzedali. Tak się złożyło że naprzeciwko jest nasz ulubiony bar i knajpa zarazem ''Mars of yesterday'' no to pomyślałam że zamówię tam sobie jakiś soczek ale nie zgadniesz kogo spotkałam. Sofie!. Sofie Danger. Wyobrażasz to sobie? N i jakoś potem tak wyszło..że niewiele pamiętam..
-Boże..Ali. Czy Ty nie rozumiesz co myśmy tu przeżywali? Eve popadła w depresje! - krzyknął Shane. A ja rozglądałam się właśnie za nią.
- Eve? - spytałam Ali.
- Tak? Eve. -  w tej chwili z kuchni wyszła wspomniana osoba.
- Mowiliście coś o mn..Alice? Wstałaś już! - podeszła do niej i przytuliła - bałam się o Ciebie.
Alice wzięła ją za rękę i pociągnęła do holu by nie rozmawiać bezpośrednio przy nas. Oczywiście ja, jak to ja, wychyliłam się trochę przez co mogłam je obserwować.
- Przepraszam za to.
- Już nie ważne. Nie rób tylko tak więcej, ja..
- Czekaj! Wiesz dlaczego tu Cię sprowadziłam, bo chciałam mieć trochę prywatności, ale jak mi się zdaję ktoś jest bardzo ciekawski. - powiedziała Ali i popatrzyła na mnie, Skąd ona to wiedziała???
- Eeee...sorryyyy..- i się ''skryłam''
Cóż, chyba przed Alice nie da się ukryć. Ale nadal coś słyszałam. Szepty.
- Kocham Cię, wiesz? - to była zdecydowanie Evie. No nareszcie. Nareszcie jej to powiedziała. Wiem że Ali to odwzajemni więc poszłam do salonu, i klapnęłam na kanapę. Gdy spojrzałam za siebie. Dziewczyny szły uśmiechnięte na górę, Ali cmoknęła Eve w policzek i tyle je widziałam. Kurczę, a ja znowu marzę o nim...o wilku mowa, właśnie usiadł koło mnie.

                                             Elvis

piątek, 9 listopada 2012

Rozdział XIII

No więc rozdział ten jest widziany z punktu Alice i Emily. Życzę miłego czytanka :3

Alice:

Leżałam na łóżku a do pokoju wróciła już Em. Myślałam że jeszcze trochę tam posiedzi u dziuni no ale trudno. Cóż, przyznam...wkurzała mnie. Bardzo. Przyczepiła się do mojego brata jak rzep psiego ogona. A w ogóle to co to za pomysł ze swataniem? Dla mnie oni pasują do siebie jak..jak zakonnica do Nergala. Ugh...po prostu no...no nie mogę jak tylko sobie o nich pomyśle.
Myślałam że pobyt tutaj będzie bardziej znośny. Jedyny plus to Evie. Chociaż? Tego też nie jestem pewna. Mogę coś do niej czuć ale ona i tak tego nie odwzajemnia. Widzę to. I czuje. Ah te problemy normalnej nastolatki...hahahahahahaha. Aż mi się chce z samej siebie śmiać. Ja i normalna nastolatka? No chyba nie.
Emily już raczej śpi, ja chyba też będę zasypiać. Mam wspaniały pomysł na jutro. Zakupy. Nowe spodnie które tak pięknie wyglądałyście na wystawie...nadciągam!

***
Rano wstałam wcześnie niż zazwyczaj. Chciałam być sama. Poszłam do łazienki umyłam się, ubrałam i byłam gotowa do wyjścia, jeszcze tylko....mam! Kluczyki od samochodu, co jak co ale ja mam wracać z zakupami do domu na pieszo? Wzięłam je, wyszłam z domu, odpaliłam samochód i w drogę. Galeria jeszcze nie byłam otwarta więc weszłam do pobliskiej kawiarni 24h i zamówiłam kawę.
Po jakieś godzinie pojechałam do galerii i buszowałam między ubraniami....

***
Emily:

Rano gdy wstałam Alice nie było już w łóżku, pospiesznie popatrzyłam na zegarek. Chwila...jest 7 a to dziwne...
Załatwiłam potrzeby, i na dół zeszłam przygotowana do nowego dnia. Wszyscy już siedzieli, no tak, przygotowanie się zeszło w godzinę. Ale nigdzie nie widziałam Ali.
- Siemka- powiedziałam a wszyscy odpowiedzieli pomrukami typu 'hej'.
- A Alice, co z nią? - spytał Shane a Eve od razu zwróciła uwagę.
- W pokoju jej nie było...-odpowiedziałam.
- To gdzie ona się podziewa?!- Shane wykręcił numer do niej i zadzwonił...- Nie odbiera.
- Hej spokojnie..może poszła na zakupy albo gdzieś do znajomych? - zapytałam Jenn a wszyscy ucichli.
Wzięliśmy się za śniadanie.
Po śniadaniu poszłam się jeszcze raz odświeżyć, posłuchałam trochę muzyki. Była 11.40. Czas wybrać się do mojej ukochanej babci.
Doszłam do jej domku w piętnaście minut. Zapukała i otworzyła mi uradowana starsza pani...
- Oh witaj kochanieńka!- uściskała mnie.
- Cześć babciu..tęskniłam.
- Ja też, wchodź, upiekłam Twoje ulubione pierniczki.
- Ahh...już czuje ten wyśmienity zapach- weszłam do środka a babcia poczęstowała mnie herbatą malinową i pierniczkami.
Gadałyśmy o przeróżnych sprawach ale nie otwierałam się przed nią za bardzo. Wiedziałam że nie mogę. Nikt nie mógł. Ale za to spędziłam miłe popołudni i wieczór.
Do domu wróciłam ok. 20.00. Wszyscy byli w salonie a Shane był niewiarygodnie zdenerwowany.
- Co się dzieje? -zapytałam.
- Alice jeszcze nie ma. Od rana a nawet nie możemy się do niej dodzwonić.-odpowiedziałam Eve.
- Kurczę....może zacznijmy jej szukać co? -zaproponowałam a towarzystwo się zgodziło. Jedynie Jenn i ja miałyśmy zostać w domu na wypadek gdyby wróciła.
Gdy wszyscy poszli Jenn zapytała mnie:
- Nie sądzisz ze w sumie bez Alice byłoby lepiej. może zjadły ją wilki?
- Przestań! Dobrze wiesz że tak się nie stało....muszą ją odnaleźć, może nie jesteśmy nawet kumpelami ale to w końcu siostra Shane'a
- Aaaaa...no tak.
Po godzinie do domu wróciła Caro z Louisem a po 2, Eve i Shanem. Bez Ali. Eve była roztrzęsiona.
- Nie ma jej nigdzie...- powiedział Shane.
- A jeśli coś jej się stało? Jeśli ją porwali? -zaczęła Caroline.
- PRZESTAŃ! DO CHOLERY!- krzyknęła Eve i szybkim krokiem znalazła się na górze. Słyszałam tylko trzaśnięcie drzwiami.
Wszyscy zamilkli..
-To może....może ja z nią porozmawiam?-zapytałam
- Spróbuj...
Poszłam na góre i zapukała do ich pokoju gdzie pewnie znajdowała się Evie.
-Eve, otwórz, porozmawiajmy..
Drzwi się otworzyły a przede mną stała zapłakana Evie. Od razu ją do siebie przytuliłam a ona wtuliła się we mnie.
- A jeśli...jeśli..onaaa jeśli się jej coś stało? - po czym rozpłakała się jeszcze bardziej
Usiadłyśmy na łóżku. Naprawdę było mi jej żal..
-Spokojnie.Dobrze wiesz jaka jest Ali, nic jej nie jest..- sama w to ledwo wierzyłam ale musiałam ją jakoś pocieszyć.
- Ale..a jeśli jednak? Ona uważa że ona mnie nie obchodzi, że jest dla mnie obojętna. Może i przez jakiś czas nie wiedziałam czy do niej coś czuje, ale teraz wiem. I wiem ze ją kocham i....a jeśli nigdy już jej tego nie będę mogła powiedzieć? -Eve popatrzyła na mnie załzawionymi oczami..
-Będziesz mogła, obiecuje. - i znowu ją przytuliłam. Posiedziałyśmy tak w sumie godzinke rozmawiając o Alice.
Ale nagle usłyszałyśmy jak dolne drzwi się otwierają i głośny huk.
Szybko wybiegłyśmy z pokoju i zbiegłyśmy po schodach...
______________
Coś się dzieje przynajmniej co nie? XD
                Elvis
P.S. Dla tych którzy wyczekują mojego Frerarda...jest on w planach. Jeszcze nie wiem o czym będzie ale wkrótce się dowiecie :3