czwartek, 16 sierpnia 2012

Rozdział VII

Byłam naprawdę zmęczona. Nie dość że ''zjadacze kotów'' chyba chcą mnie sobie przekąsić to cały czas o nich myślałam. No przynajmniej o tych dwóch chłopakach. Jak im tam szło..? Właśnie. Louis, nie cierpiał mnie( w sumie tak jak inni) co było widać gołym okiem. A Shane, on był taki przystojny...Nie! STOP! O czym ja w ogóle myśle?! Koniec. Spokojnie. Policz do dziesięciu....1...2...3
-Emily! Chyba musimy porozmawiać!
-Mamo, błagam, przełóżmy to na jutro, jestem padnięta.
-To nie może czekać do jutra - powiedziała moja matka.
Westchnęłam. Wolnym krokiem poszłam do salonu i klapłam na kanapie. Mama natomiast siadła na fotelu.
-No więc co masz takiego ciekawego do powiedzenia?
-Powinnam ci to powiedzieć na początku, no wiesz, o tej całej akcji...ale..
-I tak po prostu się zgodziłaś?! -wybuchnęłam. No bo która matka zgadza się by jej córka, która chce spokojnie skończyć gimnazjum brała udział w jakieś cholernej akcji!
-Jeśli nie chcesz, nie musisz w tym uczestniczyć - mama powiedziała to zranionym głosem. I co? Mam jej tak po prostu wybaczyć?
Cóż, może i to nie była jej wina. W sumie nawet chciałam uczestniczyć w tej całej akcji, projekcie...
-Przepraszam mamo, jestem zwyczajnie zmęczona.
-W porządku, rozumiem cię, ale musisz się jeszcze spakować, jutro macie o 10.00 zbiórke. A potem pojedziecie do nowego domu- podała mi kartke z adresem
-Okay.
Posłałam mamie uśmiech na jaki było mnie stać i poszłam do mojego pokoju. Z szafy wyjęłam dużą walizke i trochę mniejszą torbe. A potem zaczęło się..pakowanie wszystkich potrzebnych rzeczy. Ledwo je upchnęłam. Skończyłam po 3 godzinach. Byłam tak zmęczona że rzuciłam się na łóżko i zasnęłam w ubraniach, nie przebierając się nawet do piżamy.
Śniła mi się łąka. Czarno-biała. Pełno kwiatów. Byłam ubrana tylko w letnią sukienke. W oddali kogoś zobaczyłam. Postać ta była nie wyraźna ale dostrzegłam że stoi do mnie tyłem. Podeszłam więc bliżej pytając się kim on(jak wywnioskowałam) jest. Nie odezwał się. Dotknęłam lekko jego pleców i wszystko nagle zaczęła wirować. Obraz zamazał się jeszcze bardziej. Ciemność. Nic nie widziałam. Ale nagle znalazłam się na tej samej łące. Tylko że wszystko było...kolorowe. Znowu go zauważyłam, teraz stał przodem. Powoli podchodziłam bliżej by zobaczyć jego twarz. Jeszcze jeden krok...MUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!! Podniosłam się gwałtownie. MUUUUUUUUUUUUUUUU!!! Taaa.....budzik w kształcie krówki. Cholera jasna, w takim pięknym momencie. MUUUUUUUUUUUUUU!
-No wstaje no!
Budzik wskazywał 8.30, mam jeszcze półtora godziny. Wstałam, podeszłam do lustra. O! EM! GIE! Wyglądałam jak strach na wróble albo i jeszcze gorzej. I w dodatku śmierdziałam potem. Ugh! Wślizgnęłam się do kabiny i wzięłam 20-minutowy prysznic. Wraz z ubraniem się w coś wygodnego i do wyjścia zajęła mi to pół godzinki. Zeszłam na dół. Mama była już na nogach a z kuchni dobiegał zapach jajecznicy i bekonu.
Mniam.
-Dzień dobry- przywitałam się się z mamą. Podeszła do mnie i wyściskała.
-Em, pamiętaj że cię bardzo kocham i będe tęsknić.
-Ja też i to bardzo.
Usiadłam przy stole i zaszczeżyłam się gdy tylko podała mi śniadanie.
-Boże, nie moge uwierzyć że moja córka już się wyprowadza.
-Robię to dla dobra ludz -zakrztusiam się- kości.
-Nie mówi się z pełną buzią- upomniała mnie.
Śniadanie zjadłam z dwoma dokładkami. Najadłam się jak, za przeproszeniem, świnia. Pod mój dom podjechał autobus. Mama pomogła mi z bagażami. Jeszcze raz mnie wyściskała i pożegnała. Weszłam do autobusu i zajęłam miejsce obok Jenn. W autobusie byli już Louis i Caroline. Troche zdziwiło mnie że siedzą razem skoro zawsze dzielili się na chłopacy, dziewczyny. Ale Shane'a jak i Alice jeszcze nie było. Za to była jakaś dziewczyna której nie znałam.
-Hej! A kto to jest?- spytałam Jenn.
To jest...-zamyśliła się- Eve, taka jakaś ''Sierotka Marysia''-wykrzywiła usta w grymasie.
-Aham...
Podjechaliśmy pod jakiś dom. Wyszli z niego Shane i Alice. Co? Oni?! Razem?!
-Nie mówiłaą mi że oni są razem a w dodatku ze sobą mieszkają?
-Wyluzuj-parsknęła śmiechem Jennifer- Shane i Ali to rodzeństwo. Bliźniacy.
Zatkało mnie. Chociaż przypomniało mi się że chyba mieli tak samo na nazwisko..znaczy, Way?
-Serio?
-Noooo...raczej.
Wow..Ja i moja spostrzegawczość. Brawa proszę.
-Olo wszytskim! - zawołali, po czy przybili sobie piątke. Siedli wspólnie przed nami. Shane się odwrócił i spojrzał na Jenn ale po chwili jego wzrok utkwił na mnie
-Hmm...my się chyba nie znamy?- zagadnął.
-Chyba nie..
-Jestem Shane- posłał mi piękny uśmiech. Piękny?! Co ja bredze?!
-Emily, przedstawiałam się setke razy przed całą klasą.
-A no..Ładne imie. Takie poetyckie. Na przykład ''Romeo i Emily''.
-Raczej ''Romeo i Julia''-wtrąciłam.
-Może i tak ale to nie zmienia faktu że jesteś piękna. To znaczy masz piękne imie! To znaczy ty też jesteś ładna ale..
-Shane! krzyknęłam Alice- Uspokuj się!
-Sorry..
-Spoko - zapewniłam go
Tym razem odwróciła się Alice.
-Hej. powiedziała. Zdziw
-Cześć.
-Sorry za mojego brata ale..
-Mogliście jeszcze posiedzieć w psychiatryku- dokończyła Jenn.
-Tsaaa...-syknęła gotka- Ty jesteś ta nowa? Eeeee....Emily?
-Aha, no tak- uśmiechnęłam się łagodnie.
-A tamta dziewczyna w tyle...? Jakoś jej nie kumam.
-Jak się chodzi do szkoły to się wie- powiedziała Jennifer.
Alice spiorunowała ją wzrokiem. Jenn chyba przesadziła, w końcu może oni nie są źli? A i tak trochę głupio że jak jej tam? Eve? Tak. Eve siedzi sama. Na szczęście Alice się do niej przysiadła i zaczęły o czymś rozmawiać i co chwile wybuchać śmiechem. Pierwszy raz widziałam jak Eve się uśmiech....Widocznie się dobrze dogadywały.
Podróż minęła dosyć szybko. Dojechaliśmy na miejsce. Wysiedliśmy a przed nami stał całkiem sporych rozmiarów, uroczy domek.
                                                                                        Elvis
____________________
Przyznam że jak na moją osobę, trochę się rozpisałam xD

2 komentarze: